niedziela, 27 marca 2011

Odsłona druga...

w domu wojna...

sobota, 09 lutego 2008 15:53
o laptopa. Mąż zalał klawiaturę w laptopie  herbatą! W moim nowiuśkim, cicho piszącym laptopiku. I to słodzoną aż 3 (tak, tak, tyle słodzi - a fuj) łyżeczkami cukru. Wróciłam z pracy, nic. Jemy obiad, nic. Poszłam na spacer z sunią, wróciłam, nic. Nadszedł wieczór, dziecko śpi. Cisza, spokój. Tylko ja i MÓJ laptop. I nagle, jakbym dostała obuchem w łeb... Mój laptop stuka!!! Zamarłam. Nie straciłam jednak równowagi i pytam męża -wylało ci się coś na komputer? On na to -nie. A po chwili -szczerze? Wylała mi się herbata. Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!! Myślałam, że podejdę do niego i zabiję jak... ech! Teraz jak przypomnę sobie moją reakcję i słowa, które mój biedny (ale zalał mi klawiaturę!) mąż usłyszał (pewnie nie tylko on, zapomniałam na chwilę, że mieszkamy w bloku ;)) to muszę się przyznać, że trochę zbyt impulsywnie do tego podeszłam, kurcze, w końcu to tylko komputer, rzecz martwa, nie czująca. A mój mąż czuje... Kurcze, ale mu się dostało normalnie... Nie chciałabym być na jego miejscu brrrr. Najgorsze w "tamtej" chwili było dla mnie to, że ja krzyczałam, wyzywałam i w ogóle, a ten winowajca jeden siedział cicho, nic nie mówił, tylko co jakiś czas przepraszał i mówił, że przecież nie zrobił tego specjalnie... Wiem o tym, ale mimo wszystko... ech, zła jestem, bo mi te durne klawisze stukają jak wściekłe, poklejone gady. Czeka mnie teraz wizyta w serwisie i oby na tym się skończyła herbaciana przygoda laptopa.
A tak między nami, to mi też zdarza się siedzieć przy laptopie z herbatą i klikać (na przykład teraz), ale ja przynajmniej nie słodzę!

piątek, 25 marca 2011

Wiosenne porządki blogowe...

Pisałam kiedyś bloga, o życiu, moim i nie tylko... Postanowiłam go dzisiaj odświeżyć, ale w ten sposób, że co jakiś czas wkleję z niego posty właśnie tutaj. Na pierwszy ogień trafia ten:

I się nabawiłam...

środa, 06 lutego 2008 21:50
...kataru, kaszlu, bólu głowy, braku chęci do czegokolwiek... I na dodatek jestem głupia, bo łażę do pracy podczas, gdy mąż, zdrowy zresztą, siedzi w domu z chorym dzieckiem... A ja, matka miłosierdzia, przejmuję się tym, że podczas mojej nieobecności inni by za mnie tyrali i wolę dzielnie 8 godzin "obszczekiwać" wszystkich i wszystko naokoło niż kurować się w domu. Cierp ciało coś chciało. Kretynka jedna. I zawsze mówię sobie, że już nigdy więcej, że następnym razem... ech, gadanie ;P 
Ale nie o tym teraz mowa będzie. Otóż, mam sąsiadkę, która tak jak ja, ma psa, no dobra, suczkę. Sunia jest młodsza od naszej, mniejsza ze trzy razy i w ogóle mały diabeł psi. Podczas jakiejś rozmowy z nią przy siusianiu czy kupkaniu suk sąsiadka "zwierzyła" mi się, że wybiera się na imprezę, ostatki i w ogóle, no i nie ma co zrobić z psiną. Powiedziała, że dzieci zawozi do babci, więc zapytałam, dlaczego psa też tam nie zawiezie, ale chyba nie ostałam odpowiedzi, nie pamiętam, sąsiadka jest bardzo chaotyczna. Ja stwierdziłam, że już widzę, jak dwie suki roznoszą mi mieszkanie, że wariacja i nie powiedziałam nic o tym, że zaopiekuję się tej "ostatkowej" nocy jej suką. Nadszedł ów wieczór, mąż, jak zwykle czujny hahaha, usłyszał pukanie do drzwi (no co? nie dorobiłam się jeszcze dzwonka) i woła mnie. Patrzę, a w drzwiach stoi - sąsiadka. Spojrzała na mnie niczym kot w shreku i zapytała: to co, mogę zostawić wam psa? Myślałam, że padnę. Nie umiałam się jednak wymigać, ale dałam jej do zrozumienia, że ma mi zostawić klucze od swojego mieszkania, a gdy sucz będzie szalała, to ją odstawię i już. No i zostawiła, i klucze i psa! Początek - szał, wszystko fruwało, kanapki córki zostały w nisamowitym tempie zżarte przez małego pochłaniaczo-głodomora, od razu klaps za zżarcie kanapki, chwila ciszy i znowu... Kolejnych kanapek też nie udało się uratować, dziecko poszło spać głodne, przez psa. I to nie swojego! Oczywiście w międzyczasie było siku, kupa i coś jeszcze, po za szybko wchłanianych kanapkach. Fuj, musiałam sprzątnąć to wszystko i to po obcej suce, ble. Mąż oczywiście udawał, że tego wszystkiego nie widzi, a jak go o to spytałam, to stwierdził, że to przecież ja się zgodziłam na przygarnięcie psa i w ogóle, że to moja koleżanka. No, nie powiem, kto z nią bajerował przed blokiem. A poza tym, to po co mnie wołał jak zapukała, mógł sam zdecydować o losie psa na tę noc, ostatkową zresztą. No, ale to oczywiście ja musiałam decydować i na mojej głowie był pies. W nocy czułam się jakbym miała w domu stado myszy, co chwilę ta mała sąsiadkowa sucz wstawała, szła to tu, to tam, małymi pazurkami stukając o podłogę, szlag mnie trafiał. Przypomniałam sobie słowa sąsiadki, gdy mówiła, że na noc przypina psa na smyczy do rury (sadystka). I stałam się tej nocy sadystką. Pies spał przy nodze od stołu, myszy uciekły. Rano musiałam oczywiście wdepnąć w małe (na szczęście) niespodzianki, jakie zgotowała mi dreptająca psina. Przebolałam, ale szybko odprowadziłam ją do jej mieszkania i tam też postąpiłam sadystycznie, rura była w przedpokoju. Myślałam, że sąsiadka zjawi się po klucze najpóźniej do 9-10, ale gdzie tam. Wyszłam z jej psem jeszcze ze dwa razy, a po 16 królewna zlądowała do domu. Zadowolona, skacowana i powiedziała tylko -wiesz co, ja też się nie wyspałam. Hahaha. Mądrala. Wyraziła chęć zostania z moim psem w "razie czego", ale jestem pewna, że nie skorzystam. Nie chcę, aby mój pies ukochany ślęczał przy jakiejś rurze w obcym mieszkaniu w towarzystwie dwójki wrzeszczących dzieciaków, sąsiadki no i tej małej, dreptającej pewnie wtedy na wolności, myszy. Nigdy w życiu!

sobota, 12 marca 2011

Dieta, dieta, zdrowa dieta. Tralalalala ;)))

Gdyby ktoś z Was wczoraj o tej porze chciał ze mną pogadać, to byłabym najgorszym partnerem do rozmów w całym wszechświecie... Miałam takiego doła jak stąd do wieczności! Wszystko za sprawą Romero! Poruszyliśmy straszny temat "sensu naszego /mojego i jego/ istnienia" ;( I powiem szczerze - dawno nie bolało mnie tak całe ciało, umysł, nawet włosy! Dzisiaj spotkaliśmy się i mam nadzieję, że "topór wczorajszy" zakopany! Oby! Poniżej serducho wykonane przez Romero. Prawda, że piękne?? ;)


Ale nie o tym miało być.
Otóż tak - byłam u dietetyczki, jak zapowiedziałam. Obawiałam się tej wizyty, a tu miłe zaskoczenie. Nie będę się rozwodzić nad tym, ile ważę, czy mam cellulit czy nie ;) Najważniejsze, że została dla mnie rozpisana dieta! Indywidualna. Smaczna. Urozmaicona. Są owoce. Ryż. Pieczywo - ciemne, żeby nie było! ;) Posiłki rozpisane na godziny. Począwszy od godziny 6 rano, następnie 9, 13, 17 i 19. Czasem 14, 16 i 19. Czuję się dobrze, nie jestem objedzona. Odczuwam lekki głód pomiędzy posiłkami, ale jak stwierdził Romero, to dobrze. "Jak na kolonii" - powiedział mi dzisiaj ;) /chodziło o to odczuwanie głodu pomiędzy posiłkami/ ;))
Nie wiem, nie jeździłam na kolonie ;/
Własnie niedawno zjadłam kolację - kromka chleba razowego z dwoma plastrami chudej szynki, 2 plastrami sera pleśniowego i 1 pomidorem. I co, zła kolacja?? Następny posiłek jutro o 6 - na moje życzenie Pani  Dietetyk zarządziła 2 łyżki otrąb ze szklanką mleka. Robię sobie więc owsiankę, dodaję cynamon i trochę soli. Jajek nie daję /Pani Dietetyk za głowę się złapała, jak jej powiedziałam, ile jaj na Dukanie jadłam ;///
Do tego moja najdroższa kawusia i śniadanie jak się patrzy. Wstaję około 5-6 /nawet w wolne dni/, więc chciałam, aby ten pierwszy posiłek był właśnie tak wcześniej. Lubię zjeść od razu jak wstanę ;()
A dzisiaj byliśmy z Romero nad jeziorkiem, psiór mój kochany wykąpał się w tej strasssssznie zimnej wodzie, ale jaka była szczęśliwa psina ;) aż miło było patrzeć. Mam nadzieję, że się nie rozchoruje, bo jej łeb urwę ;/
Posiedzieliśmy sobie na pieńku, twardawym trochę, ale nic to. Najważniejsze, że razem, wtuleni, zakochani, szczęśliwi, że obok siebie! Topór zatopiony, prawda??
Co by tradycji stało się zadość, wkleję zdjęcie rybki zapiekanej w folii z porami, pieprzem cytrynowym i estragonem. Oczywiście, przepis zgodny z nową dietą ;)


A tak wygląda filecik w całości porem obłożony ;)


Po upieczeniu, a trwało to około 30 minut, filecika zjadłam z dodatkiem musztardy Dijon i z wielkim smakiem, oczywiście ;)
I tak to pomału wszystko się toczy! Jak nie dołek to euforia. Jak nie euforia to dołek. Też tak macie, czy to tylko ja miewam te chore stany??

A do posłuchania coś cudownego, mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu:

poniedziałek, 7 marca 2011

Od dzisiaj zakochana tylko w Romero, jego oczach, życiu...

... żegnaj Dukanie!
Niestety musiałam zakończyć moją przygodę z Dukanem i zacząć nowy, inny, może lepszy etap w życiu. Nie krytykujcie, ale trzymajcie kciuki i życzcie mi powodzenia. Koniec Dukana nie oznacza końca blogowania i dodawania zdjęć ;))) Mam zamiar tu zostać i "dalej" tworzyć, gotować, fotografować, po prostu być!